Zaczęła się Top 10 na Eska Rock, właśnie sobie słucham.
Na 10 miejscu, Coma.
Miałem coś napisać, ale właśnie puścili piosenkę nr 9. Under The Bridge.
Ostatnio nie miałem ochoty słuchać nic poza grą Johnego Frusciante.
Większość jego solówek wgniata mnie w Ziemię. Flea. Wirtuoz basu. I ich zdolności improwizacji. Na koncercie to jest coś pięknego.
Teraz leci U2 - One.
The Edge. Dla mnie jedna z jego lepszych piosenek, chociaż za dużym fanem nie jestem. Ale jest parę wspomnień z nią związanych.
Siódma leci Adele. Hmm, w miarę nowe. Rolling in the deep.
Trochę mi się dłuży. O, zebrała się ekipa. Fajnie posłuchać. I zaskoczenie. Ale miłe. Dżem, List do M. Niech geniusz wypowie się za siebie.
Teraz kolejne zaskoczenie.
Kiedyś katowałem tę piosenkę, z resztą jak większość ich piosenek. Fakt, że więcej razy leciało In the End, albo Crawling i mimo że może słucham już rzadko, to ciekawa pozycja. Na pewno dyskusyjna. Ciekawie będzie na fb.
Czwarte, Kult - Polska.
Komentarz z YT, "Słucham tego z łzami w oczach.". Heh, pewnie jak większość ludzi co głosowali :)
Hehe cisną Pegaza :) Pierwsza nagroda. Dzwonią. Szkoda że nie ma zaskoczenia, koleś nie wiedział jaka jest teraz piosenka, ale jest to Nothing Else Matters. Zespół weselny zagrał mu Nothing Else Matters na weselu, fajnie, bo jego ulubiona piosenka. Heh, zapowiedzieć taką piosenkę na antenie... Nothing Else Matters...
Geniusz, dla mnie mogła by być pierwsza. Ciekawi mnie co jest na drugim i pierwszym. Czekam na solówkę... Ogólnie, to byłaby pierwsza piosenka którą nauczyłbym się grać na gitarze.
Dzwonią do Ani, jest w lekkim szoku chyba :) With or without You.
Hmm, U2 drugi raz. Ciekawe. Trochę zaczynam się martwić o miejsce pierwsze. Nie to że nie lubię, bo utworek zacny, ale są lepsze jednak. Pada propozycja przypomnienia Pięćsetki. Na szczęście wszyscy zrozumieli że to żart. Haha koleś właśnie robił koło z Fizy :D nie ma bata, muszą być piątki :) Zwłaszcza za piosenkę, Nothing Else Matters jednak nie wiem czy było by u mnie pierwsze.
Hmm, przesłuchałem prawie całą pięćsetkę. O ile przy nie których piosenkach ciężko napisać mi coś dobrze, zwłaszcza że czasami wyprzedzały nieporównywalnie lepsze piosenki, to i tak jestem miło zaskoczony, że znalazło się tyle dobrych piosenek. Zwłaszcza że głosowało dużo młodych, bo gusta się trochę zmieniają. Do tego fajnie mi się słuchało. Radar też się ciekawie zapowiada. Ciekawe jakie piosenki będą puszczać hehe, pewnie coś co chcieli by usłyszeć w Top 10 :)
Muszę przyznać że Radar trzyma poziom, najwyższy poziom :) znalazłoby się coś do wciśnięcia w TOP10, a 20 to już na pewno :) Ok, nastawiam radio i idę coś ugotować, cya ;)
piątek, 28 października 2011
czwartek, 9 czerwca 2011
Wiedziałem, że w końcu to się stanie. Ale nie ma co tego odwlekać, więc siadam i piszę. Jeszcze nie wiem do końca o czym, ale mam nadzieję, że przyjdzie samo. Ale będzie to mój pierwszy post po "debiucie". I czuję się... miło. Miło jest być chwalonym i miło jest w pozytywny sposób zaskakiwać ludzi. Taaak, ale teraz zacząłem się zastanawiać, dlaczego większość z was czuła się zaskoczona. Pierwszy wniosek taki najbardziej oczywisty to ten, że prawie nikomu nie mówiłem o tym, że piszę. Drugi, że zapewne nie wyglądam na osobę o bogatym wnętrzu, która obserwuje otaczający ją świat, zastanawia się nad tym co zobaczyła, analizuje spostrzeżenia i wyciąga wnioski (ale sobie posłodziłem, a co ;) ). Ale po głębszym namyśle wyszło mi na to, że raczej się z tym ukrywałem. Sam nie wiem dlaczego. Może ze strachu. Może uważałem, że piszę nieciekawie i nie warto się z tym dzielić. Ale w końcu się przełamałem. Puściłem maszynę w ruch i tak jesteśmy drodzy czytelnicy w miejscu, w którym kończę z pisaniem i się z wami pożegnam. Dobra, średni żart. Na razie nigdzie się nie wybieram. Ale już wiem o czym napiszę.
Dodam, że posta napisałem dość dawno, ale jakoś mi umknął w natłoku spraw innych. Teraz może napisałbym to trochę inaczej, ale nic nie zmienię, i mimo że może nie jest to do końca moja teraźniejsza opinia, zostawiam wszystko tak jak jest, enjoy!
Jakiś czas temu gdzieś w sieci natrafiłem na obrazek. Poraziła mnie jego głębia przekazana w tak prosty sposób. Ot, zwykły rysunek, człekopodobna istota, leży zmęczona na podłodze i mówi:
"Uff, w końcu w domu." Niby nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że przed bohaterem tego obrazka leżała maska. Nie wiem skąd, ale od razu wiedziałem, że to maska którą nosi każdy z nas. Może nie zawsze, ale jednak. Szkoła, praca, dom, impreza, spotkania ze znajomymi, święta, spotkania rodzinne... Wszystko to sprawia, że czasami zakładamy nasze własne maski. Oczywiście im większa zażyłość i im lepiej się znamy tym maska jest cieńsza. Przynajmniej w teorii, bo istnieją historie, w których, ludzie żyli kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat pod jednym dachem z mordercą. Ale to skrajne przypadki. Psycholami niech zajmują się inni psychole... znaczy psychiatrzy. Ja przyznam się, też mam swoją maskę. Na pewno jest teraz bardziej przeźroczysta, bo dzielę się z wami swoimi przemyśleniami, o których normalnie nie rozmawiam. Tak sobie piszę i piszę, i nie mogę dojść do wniosku, czy noszenie maski jest złe? Na pewno czasami tajemnice, te skrywane w głębi duszy powinny wydostać się na światło dzienne. Ludzie często boją się mówić o pewnych rzeczach, a nie powinni. Ale z drugiej strony, czy inni ludzie mają prawo do wglądu w nasze serca? Chyba nie. Na pewno nie jeżeli jest to osoba, z którą sami nie chcemy się podzielić naszymi myślami. Więc czasami maska się przydaje. Albo Maska Uśmiechu (że tak ją nazwę). NIe przydaje się? Ja sam czasami taką maskę zakładam. Wstałem rano i od razu wiem, że jakoś tak bez humoru. Brzydka pogoda, czy milion innych w sumie nie istotnych rzeczy którymi często przejmujemy się bez konkretnego powodu i które sprawiają, że najchętniej nie wychodziłoby się z łóżka i zamulało cały dzień. Ale w taki dzień właśnie można założyć maskę uśmiechu i udawać że wszystko jest okay, dopóki nie przetrwa się dnia i nie wróci do domu. Choć faktem jest też to, że często może spotkać nas coś co sprawi, że prawdziwy uśmiech zastąpi nam maskę. Im dłużej się zastanawiam, tym więcej pojawia się pytań, a mniej odpowiedzi. Jednak to, czego jestem pewien, to to, że maska za długo noszona może okazać się w końcu trudna do zdjęcia...
Dodam, że posta napisałem dość dawno, ale jakoś mi umknął w natłoku spraw innych. Teraz może napisałbym to trochę inaczej, ale nic nie zmienię, i mimo że może nie jest to do końca moja teraźniejsza opinia, zostawiam wszystko tak jak jest, enjoy!
Jakiś czas temu gdzieś w sieci natrafiłem na obrazek. Poraziła mnie jego głębia przekazana w tak prosty sposób. Ot, zwykły rysunek, człekopodobna istota, leży zmęczona na podłodze i mówi:
"Uff, w końcu w domu." Niby nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że przed bohaterem tego obrazka leżała maska. Nie wiem skąd, ale od razu wiedziałem, że to maska którą nosi każdy z nas. Może nie zawsze, ale jednak. Szkoła, praca, dom, impreza, spotkania ze znajomymi, święta, spotkania rodzinne... Wszystko to sprawia, że czasami zakładamy nasze własne maski. Oczywiście im większa zażyłość i im lepiej się znamy tym maska jest cieńsza. Przynajmniej w teorii, bo istnieją historie, w których, ludzie żyli kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat pod jednym dachem z mordercą. Ale to skrajne przypadki. Psycholami niech zajmują się inni psychole... znaczy psychiatrzy. Ja przyznam się, też mam swoją maskę. Na pewno jest teraz bardziej przeźroczysta, bo dzielę się z wami swoimi przemyśleniami, o których normalnie nie rozmawiam. Tak sobie piszę i piszę, i nie mogę dojść do wniosku, czy noszenie maski jest złe? Na pewno czasami tajemnice, te skrywane w głębi duszy powinny wydostać się na światło dzienne. Ludzie często boją się mówić o pewnych rzeczach, a nie powinni. Ale z drugiej strony, czy inni ludzie mają prawo do wglądu w nasze serca? Chyba nie. Na pewno nie jeżeli jest to osoba, z którą sami nie chcemy się podzielić naszymi myślami. Więc czasami maska się przydaje. Albo Maska Uśmiechu (że tak ją nazwę). NIe przydaje się? Ja sam czasami taką maskę zakładam. Wstałem rano i od razu wiem, że jakoś tak bez humoru. Brzydka pogoda, czy milion innych w sumie nie istotnych rzeczy którymi często przejmujemy się bez konkretnego powodu i które sprawiają, że najchętniej nie wychodziłoby się z łóżka i zamulało cały dzień. Ale w taki dzień właśnie można założyć maskę uśmiechu i udawać że wszystko jest okay, dopóki nie przetrwa się dnia i nie wróci do domu. Choć faktem jest też to, że często może spotkać nas coś co sprawi, że prawdziwy uśmiech zastąpi nam maskę. Im dłużej się zastanawiam, tym więcej pojawia się pytań, a mniej odpowiedzi. Jednak to, czego jestem pewien, to to, że maska za długo noszona może okazać się w końcu trudna do zdjęcia...
środa, 15 grudnia 2010
Przesypujący się piasek jako metafora przemijania. Nie całkiem na poważnie.
Parę tygodni temu wyszedłem na spacer. Jak zwykle dałem ponieść się nogom, pozwalając myślom popłynąć sobie swobodnie gdzie chcą. Droga wypadła mi akurat koło plaży. Przystanąłem, wziąłem garść piachu i obserwowałem chwilę jak ziarenka piasku przesypuja mi się przez ręce. Skłoniło mnie to do pewnych przemyśleń. I nie, nie będzie tutaj nic o upływającym czasie i piasku jako symbolu upływającego życia ani nic z innych metafor jakże trafnie opisujących życie. Nie było oświecenia i pomysłu jak uczynić swoją egzystencję znaczącą. Wniosek był prosty, że najzwyczajniej w świecie mam ujebane ręcę. Pomyslałem sobie, że kiedyś, kiedy byłem dzieckiem to im bardziej brudny wrociłem do domu tym lepiej musiałem się bawić na dworzu. Zdziwiłem się trochę, skąd wzięła się taka zabawna myśl, ale szybko wyparły ją wspomnienia z dzieciństwa. W dobrym humorze, z lekką nutką sentymentu, wróciłem do domu i zająłem się swoimi "dorosłymi" sprawami. O całym incydencie zapomniałem, aż do czasu...
Po ciężkim dniu na uczelni, i ogólnie kiepskim humorze nie marzyłem o niczym innym jak o kąpieli i relaksie przy jakiejś prostej, niewymagającej zanadto skupienia książce. Oczywiście los ma to do siebe, że ma głęboko w dupie to co aktualnie jest nam potrzebne do szczęscia. Tym razem zdradziecki cios w plecy (i to dosłownie!) los zadał mi rękoma mojego współlokatora, a narzędziem zbrodni była pianka do golenia. Odwróciłem się, a to poskutkowało tylko tym, że oprócz pleców byłem już cały w piance. Biorąc pod uwagę jak udany był dzień, naprawdę się wkurzyłem. Żeby nie powiedzieć, że się wkurwiłem. Ale tylko na moment. Los już tak ma, że czasami zdarza mu się lepiej wiedzieć, czego nam potrzeba. I właśnie teraz miałem pod ręką to co było mi potrzebne najbardziej. Tak jak się spodziewałem, mój wspólokator nie był zadowolony kiedy dostał wiązką keczupu(ściana i podłoga nie wyrażały sprzeciwu). Nie przewidział, że jego niedoszła ofiara, z uśmiechem Jokera ruszy do ataku. Oczywiście keczup miał za zadanie odwrócić uwagę od mojej pianki, która stała na półce. Bitwa nie trwała długo, ale przeniosła się na korytarz, trochę do kuchni i do łazienki. Muszę przyznać, że byliśmy ujebani w piance jak... no jak ktoś cały pokryty pianką, nie nasuwa mi się jakieś konkretne skojarzenie. Mniejsza z tym. Ważne jest to, że przypomniałem sobie o tym, że z pozoru bezsensowne, pozbawione celu i spontaniczne czynności jak bitwa na pianki są cholernie zabawne. Ehh, fajnie czasami być dzieckiem. Postanowiłem częsciej robić rzeczy które uwielbiałem robić jako dziecko, ale "nie wypada" czy jakiś inny kulturowy szajs sprawia, że takie rzeczy przestały mieć sens. Przypomnijcie sobie kilka takich rzeczy, ja na pewno od czasu do czasu pozwolę sobie na jakieś "dziecinne" szaleństwa, a Wy?
Po ciężkim dniu na uczelni, i ogólnie kiepskim humorze nie marzyłem o niczym innym jak o kąpieli i relaksie przy jakiejś prostej, niewymagającej zanadto skupienia książce. Oczywiście los ma to do siebe, że ma głęboko w dupie to co aktualnie jest nam potrzebne do szczęscia. Tym razem zdradziecki cios w plecy (i to dosłownie!) los zadał mi rękoma mojego współlokatora, a narzędziem zbrodni była pianka do golenia. Odwróciłem się, a to poskutkowało tylko tym, że oprócz pleców byłem już cały w piance. Biorąc pod uwagę jak udany był dzień, naprawdę się wkurzyłem. Żeby nie powiedzieć, że się wkurwiłem. Ale tylko na moment. Los już tak ma, że czasami zdarza mu się lepiej wiedzieć, czego nam potrzeba. I właśnie teraz miałem pod ręką to co było mi potrzebne najbardziej. Tak jak się spodziewałem, mój wspólokator nie był zadowolony kiedy dostał wiązką keczupu(ściana i podłoga nie wyrażały sprzeciwu). Nie przewidział, że jego niedoszła ofiara, z uśmiechem Jokera ruszy do ataku. Oczywiście keczup miał za zadanie odwrócić uwagę od mojej pianki, która stała na półce. Bitwa nie trwała długo, ale przeniosła się na korytarz, trochę do kuchni i do łazienki. Muszę przyznać, że byliśmy ujebani w piance jak... no jak ktoś cały pokryty pianką, nie nasuwa mi się jakieś konkretne skojarzenie. Mniejsza z tym. Ważne jest to, że przypomniałem sobie o tym, że z pozoru bezsensowne, pozbawione celu i spontaniczne czynności jak bitwa na pianki są cholernie zabawne. Ehh, fajnie czasami być dzieckiem. Postanowiłem częsciej robić rzeczy które uwielbiałem robić jako dziecko, ale "nie wypada" czy jakiś inny kulturowy szajs sprawia, że takie rzeczy przestały mieć sens. Przypomnijcie sobie kilka takich rzeczy, ja na pewno od czasu do czasu pozwolę sobie na jakieś "dziecinne" szaleństwa, a Wy?
Życie dało Ci kopa w dupę?
I znowu trochę minęło, zanim tutaj zajrzałem. Nie powiem, że nie działo się nic ciekawego, bo działo się, nawet całkiem sporo. Ale dzisiaj nie o tym. Dzisiaj mam ochotę porozmawiać o niewykorzystanch szansach.
Ile razy wam się to zdarza? Mi często. Za często powiedziałbym. I mam już tego serdecznie dość. Od tej pory będę robił inaczej. A to ile razy wam się zdarza? Obiecywanie, że od jutra koniec z tym czy tamtym. Że w końcu nie popełnie tego samego błędu co zawsze. A co się dzieje kiedy nadejdzie to magiczne jutro? Najczęściej nic. Zupełnie. Nadchodzi kolejny zwykły, szary dzień. Bez fajerwerków, bez zmian, bez magii. Jak to się ma do niewykorzystanych szans? Proste, każdy dzień jest dobry na zmiany. Wystarczy chcieć. Po co czekać do jutra? Nie lepiej zacząć już teraz? Ja czekałem, na "lepszy moment". I... heh, bardziej zjebać tego nie mogłem. Okazało się, że jest już za późno. Nie wyszło mi, jak na razie. Bo porażka nie powinna być czymś co nas zatrzymuje. Powinna być czymś co sprawi, że ruszymy się z miejsca w którym jesteśmy, w którym jest nasze życie. Proste? Niby tak, więc teraz muszę nauczyć się tak robić.
Tak, krótko trochę, ale da się to skrócić jeszcze bardziej:
"Życie dało Ci kopa w dupę? Nie, ono przekazało Ci energię, żeby ruszyć dalej."
Cytat mój, jeżeli ktoś inny wpadł na to wcześniej, brawo, jest tak mądry jak ja.
Ile razy wam się to zdarza? Mi często. Za często powiedziałbym. I mam już tego serdecznie dość. Od tej pory będę robił inaczej. A to ile razy wam się zdarza? Obiecywanie, że od jutra koniec z tym czy tamtym. Że w końcu nie popełnie tego samego błędu co zawsze. A co się dzieje kiedy nadejdzie to magiczne jutro? Najczęściej nic. Zupełnie. Nadchodzi kolejny zwykły, szary dzień. Bez fajerwerków, bez zmian, bez magii. Jak to się ma do niewykorzystanych szans? Proste, każdy dzień jest dobry na zmiany. Wystarczy chcieć. Po co czekać do jutra? Nie lepiej zacząć już teraz? Ja czekałem, na "lepszy moment". I... heh, bardziej zjebać tego nie mogłem. Okazało się, że jest już za późno. Nie wyszło mi, jak na razie. Bo porażka nie powinna być czymś co nas zatrzymuje. Powinna być czymś co sprawi, że ruszymy się z miejsca w którym jesteśmy, w którym jest nasze życie. Proste? Niby tak, więc teraz muszę nauczyć się tak robić.
Tak, krótko trochę, ale da się to skrócić jeszcze bardziej:
"Życie dało Ci kopa w dupę? Nie, ono przekazało Ci energię, żeby ruszyć dalej."
Cytat mój, jeżeli ktoś inny wpadł na to wcześniej, brawo, jest tak mądry jak ja.
wtorek, 5 października 2010
Ano wrociłem.
Biała Kartka dawno odeszła w zapomnienie. Ale było parę innych absorbujących spraw, które nie pozwoliły mi publikować przez ten długi czas. Hmm, publikować. Poważnie brzmi. Ale o tym później, czy raczej kiedy indziej. O sprawach tych, mniej lub bardziej ważnych opowiem wam w najbliższym czasie. A na razie cieszcie się albo narzekajcie, że wróciłem i czekajcie na nowe posty.
środa, 30 czerwca 2010
Zdrowie Pustej Kartki!
No i stało się, w końcu mnie dopadło. Nie żebym się nie spodziewał, bo zawsze wiedziałem, że to nadejdzie. No i może to był mój błąd. Ale nie ważne. Stało się. "Co się stało?" zastanawiasz się pewnie mój czytelniku (jeżeli jakichkolwiek posiadam). No cóż... Pusta Kartka. Dobra, powiedziałem to. Teraz pójdzie już z górki. Otóż, od pewnego czasu czyli prawie 40 dni, przed oczami widzę pustą kartkę. Nie to, że siedzę i gapię się w czystą kartkę papieru. Ale za każdym razem kiedy siadam i chcę coś napisać nic się nie dzieje. Walczyłem. Zaowocowało to kilkoma nieporadnymi tekstami o niczym szczególnym, ale będąc przezornym i przyznajmy dość litościwym dałem im szansę i czekają sobie teraz na moment pożegnania pustej kartki, poprawkę i publikację. A co ja z tym zrobię? Nic. Z Pustą Kartką się nie walczy. Wracam do Hanka, zobaczyć co się u niego dzieje. Tymczasem, Zdrowie Pustej Kartki!
czwartek, 20 maja 2010
SMS....
A kiedyś skrobnąłem coś takiego.
SMS (ang. Short Message Service) - usługa przesyłania krótkich wiadomości tekstowych w cyfrowych sieciach telefonii komórkowej.
Spacerowali trzymając się za ręce. Szli powoli, małą, kasztanową alejką. Mimo jesieni było bardzo ciepło. Delektowali się ostatnimi promieniami słońca, które pożółkłym liściom nadawało złoty blask. Starymi drzewami delikatnie kołysał wiatr. Cichy szum liści komponował się ze śpiewem ptaków, a te, jakby czując ich miłość, śpiewały swoje pieśni jeszcze piękniej. A on, nie myślał o niczym innym, tylko o tym, jaki jest szczęśliwy… Otworzył oczy. Było ciemno. Stał, zapatrzony w gwiazdy. Sam. Na policzku błyszczała mu łza, odbijając blade światło księżyca. Był zły na siebie, że zawsze jak tylko zamknie oczy, myśli o niej. Blask wesołości dawno zniknął z jego oczu, zastąpiony matowym połyskiem zamyślenia. Zostało tylko ciche echo poczucia humoru, słyszalne jedynie w momentach, kiedy ma naprawdę dobry nastrój. A ten, coraz częściej zostaje wypierany przez smutek, czy melancholię. Nienawidził siebie, za to, że nie chcąc nikogo krzywdzić, krzywdził sam siebie. Bezsenne noce, wypełnione pustką, pragnieniem zapomnienia, marzeniami, zdarzały się coraz częściej.
– Nie mogę tak żyć - pomyślał. Wiedział, że musi podjąć decyzję. Powie jej to. Powie wszystko. Powie to co czuje. Kiedy nie było jej w pobliżu wszystko wydawało się takie proste. Ale widząc ją, po prostu nie mógł. Nie chciał tracić tego co miał. Fakt, było to nie wiele, ale zawsze coś. Dla niego był to chyba cały świat. Czekał tylko na ulotne chwile, kiedy może z nią porozmawiać, patrzeć w jej oczy, być blisko niej. Tak niewiele, a dla niego to cały świat…
Kilka dni później, wracając samochodem do domu, postanowił do niej zadzwonić.
- … Tak, słucham.
- Cześć, co robisz?
- Oglądam telewizję i jem kolację, a co?
- Nic…A co słychać?
- Przecież wiesz, od przedwczoraj się nic nie zmieniło. Po co dzwonisz?
- Tak tylko chciałem wiedzieć jak się czujesz, co dzisiaj robiłaś…
- Nie rozumiem ciebie czasami. Po co ci to wiedzieć?
Rozłączył się. Nie miał odwagi jej tego powiedzieć. Po chwili napisał smsa:
„Bo cię kocham głuptasie, nie widać tego…?” Wahał się chwilę, ale postanowił wysłać wiadomość.
* * * *
Z ciekawości włączyła kanał informacyjny. Usłyszała o jakimś wypadku. Już miała zmienić kanał, gdy zobaczyła znajomo wyglądający samochód. Zamarła z przerażenia. Chwyciła za telefon. Chciała się dowiedzieć czy to jego samochód. Zanim zadzwoniła, na ekranie wyświetliła się widomość. Czytając ją w telewizji mówili kto zginął. Kierowca nie zauważył samochodu jadącego z na przeciwka. Policja ustaliła, że korzystał wtedy z telefonu komórkowego…
* * * *
Oślepił go błysk. Czuł jak coś z ogromną siłą wyrzuca go przez przednią szybę. Leżał gdzieś na poboczu, półprzytomny, cały czas trzymając telefon w ręce. Ostatnie co widział to jego palec na przycisku „Wyślij”… Umarł. Samotny. Nie wiedział, czy jego wiadomość do niej dotarła… Ona wiedziała. Płakała całą noc. Całą noc i wiele nocy później…
SMS (ang. Short Message Service) - usługa przesyłania krótkich wiadomości tekstowych w cyfrowych sieciach telefonii komórkowej.
Spacerowali trzymając się za ręce. Szli powoli, małą, kasztanową alejką. Mimo jesieni było bardzo ciepło. Delektowali się ostatnimi promieniami słońca, które pożółkłym liściom nadawało złoty blask. Starymi drzewami delikatnie kołysał wiatr. Cichy szum liści komponował się ze śpiewem ptaków, a te, jakby czując ich miłość, śpiewały swoje pieśni jeszcze piękniej. A on, nie myślał o niczym innym, tylko o tym, jaki jest szczęśliwy… Otworzył oczy. Było ciemno. Stał, zapatrzony w gwiazdy. Sam. Na policzku błyszczała mu łza, odbijając blade światło księżyca. Był zły na siebie, że zawsze jak tylko zamknie oczy, myśli o niej. Blask wesołości dawno zniknął z jego oczu, zastąpiony matowym połyskiem zamyślenia. Zostało tylko ciche echo poczucia humoru, słyszalne jedynie w momentach, kiedy ma naprawdę dobry nastrój. A ten, coraz częściej zostaje wypierany przez smutek, czy melancholię. Nienawidził siebie, za to, że nie chcąc nikogo krzywdzić, krzywdził sam siebie. Bezsenne noce, wypełnione pustką, pragnieniem zapomnienia, marzeniami, zdarzały się coraz częściej.
– Nie mogę tak żyć - pomyślał. Wiedział, że musi podjąć decyzję. Powie jej to. Powie wszystko. Powie to co czuje. Kiedy nie było jej w pobliżu wszystko wydawało się takie proste. Ale widząc ją, po prostu nie mógł. Nie chciał tracić tego co miał. Fakt, było to nie wiele, ale zawsze coś. Dla niego był to chyba cały świat. Czekał tylko na ulotne chwile, kiedy może z nią porozmawiać, patrzeć w jej oczy, być blisko niej. Tak niewiele, a dla niego to cały świat…
Kilka dni później, wracając samochodem do domu, postanowił do niej zadzwonić.
- … Tak, słucham.
- Cześć, co robisz?
- Oglądam telewizję i jem kolację, a co?
- Nic…A co słychać?
- Przecież wiesz, od przedwczoraj się nic nie zmieniło. Po co dzwonisz?
- Tak tylko chciałem wiedzieć jak się czujesz, co dzisiaj robiłaś…
- Nie rozumiem ciebie czasami. Po co ci to wiedzieć?
Rozłączył się. Nie miał odwagi jej tego powiedzieć. Po chwili napisał smsa:
„Bo cię kocham głuptasie, nie widać tego…?” Wahał się chwilę, ale postanowił wysłać wiadomość.
* * * *
Z ciekawości włączyła kanał informacyjny. Usłyszała o jakimś wypadku. Już miała zmienić kanał, gdy zobaczyła znajomo wyglądający samochód. Zamarła z przerażenia. Chwyciła za telefon. Chciała się dowiedzieć czy to jego samochód. Zanim zadzwoniła, na ekranie wyświetliła się widomość. Czytając ją w telewizji mówili kto zginął. Kierowca nie zauważył samochodu jadącego z na przeciwka. Policja ustaliła, że korzystał wtedy z telefonu komórkowego…
* * * *
Oślepił go błysk. Czuł jak coś z ogromną siłą wyrzuca go przez przednią szybę. Leżał gdzieś na poboczu, półprzytomny, cały czas trzymając telefon w ręce. Ostatnie co widział to jego palec na przycisku „Wyślij”… Umarł. Samotny. Nie wiedział, czy jego wiadomość do niej dotarła… Ona wiedziała. Płakała całą noc. Całą noc i wiele nocy później…
Subskrybuj:
Posty (Atom)