środa, 15 grudnia 2010

Przesypujący się piasek jako metafora przemijania. Nie całkiem na poważnie.

Parę tygodni temu wyszedłem na spacer. Jak zwykle dałem ponieść się nogom, pozwalając myślom popłynąć sobie swobodnie gdzie chcą. Droga wypadła mi akurat koło plaży. Przystanąłem, wziąłem garść piachu i obserwowałem chwilę jak ziarenka piasku przesypuja mi się przez ręce. Skłoniło mnie to do pewnych przemyśleń. I nie, nie będzie tutaj nic o upływającym czasie i piasku jako symbolu upływającego życia ani nic z innych metafor jakże trafnie opisujących życie. Nie było oświecenia i pomysłu jak uczynić swoją egzystencję znaczącą. Wniosek był prosty, że najzwyczajniej w świecie mam ujebane ręcę. Pomyslałem sobie, że kiedyś, kiedy byłem dzieckiem to im bardziej brudny wrociłem do domu tym lepiej musiałem się bawić na dworzu. Zdziwiłem się trochę, skąd wzięła się taka zabawna myśl, ale szybko wyparły ją wspomnienia z dzieciństwa. W dobrym humorze, z lekką nutką sentymentu, wróciłem do domu i zająłem się swoimi "dorosłymi" sprawami. O całym incydencie zapomniałem, aż do czasu...

Po ciężkim dniu na uczelni, i ogólnie kiepskim humorze nie marzyłem o niczym innym jak o kąpieli i relaksie przy jakiejś prostej, niewymagającej zanadto skupienia książce. Oczywiście los ma to do siebe, że ma głęboko w dupie to co aktualnie jest nam potrzebne do szczęscia. Tym razem zdradziecki cios w plecy (i to dosłownie!) los zadał mi rękoma mojego współlokatora, a narzędziem zbrodni była pianka do golenia. Odwróciłem się, a to poskutkowało tylko tym, że oprócz pleców byłem już cały w piance. Biorąc pod uwagę jak udany był dzień, naprawdę się wkurzyłem. Żeby nie powiedzieć, że się wkurwiłem. Ale tylko na moment. Los już tak ma, że czasami zdarza mu się lepiej wiedzieć, czego nam potrzeba. I właśnie teraz miałem pod ręką to co było mi potrzebne najbardziej. Tak jak się spodziewałem, mój wspólokator nie był zadowolony kiedy dostał wiązką keczupu(ściana i podłoga nie wyrażały sprzeciwu). Nie przewidział, że jego niedoszła ofiara, z uśmiechem Jokera ruszy do ataku. Oczywiście keczup miał za zadanie odwrócić uwagę od mojej pianki, która stała na półce. Bitwa nie trwała długo, ale przeniosła się na korytarz, trochę do kuchni i do łazienki. Muszę przyznać, że byliśmy ujebani w piance jak... no jak ktoś cały pokryty pianką, nie nasuwa mi się jakieś konkretne skojarzenie. Mniejsza z tym. Ważne jest to, że przypomniałem sobie o tym, że z pozoru bezsensowne, pozbawione celu i spontaniczne czynności jak bitwa na pianki są cholernie zabawne. Ehh, fajnie czasami być dzieckiem. Postanowiłem częsciej robić rzeczy które uwielbiałem robić jako dziecko, ale "nie wypada" czy jakiś inny kulturowy szajs sprawia, że takie rzeczy przestały mieć sens. Przypomnijcie sobie kilka takich rzeczy, ja na pewno od czasu do czasu pozwolę sobie na jakieś "dziecinne" szaleństwa, a Wy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz